Wielki, ogromny, wielopiętrowy supermarket, w którym kupicie wszystko. Szef przyjmuje do pracy nowego sprzedawcę, dając mu jeden dzień okresu próbnego żeby go przetestować.
Po zamknięciu wzywa szef nowego sprzedawcę do biura:
- No to ile dziś zrobił pan transakcji? – pyta sprzedawcę.
- Jedną, szefie.
- Co? Jedną?! Nasi sprzedawcy mają średnio od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu transakcji w ciągu dnia! Co pan robił przez cały dzień? A właściwie to ile pan utargował?
- Trzysta osiemdziesiąt tysięcy dolarów.
Szefa zatkało.
- Trzy… sta osiem… dziesiąt tysięcy? Na Boga, co pan sprzedał?!
- No, na początku sprzedałem mały haczyk na ryby…
- Haczyk na ryby? Za trzysta osiemdziesiąt tysięcy?
- Potem przekonałem klienta żeby wziął jeszcze średni i duży haczyk. Następnie przekonałem go, że powinien wziąć jeszcze żyłkę. Sprzedałem mu trzy rodzaje: cienką, średnią i grubą. Wdaliśmy się w rozmowę. Spytałem gdzie będzie łowić. Powiedział, że na Missouri, dwadzieścia mil na północ. W związku z tym sprzedałem mu jeszcze porządną wiatrówkę, nieprzemakalne spodnie i rybackie gumowce, ponieważ tam mocno wieje. Przekonałem go, że na brzegu ryby nie biorą, no i tak poszliśmy wybrać łódź motorową. Spytałem go jakie ma auto i wydusiłem z niego, że dość małe aby odwieźć łódź, w związku z czym sprzedałem mu przyczepę.
- I wszystko to sprzedał pan człowiekowi, który przyszedł sobie kupić jeden, jedyny haczyk na ryby?!
- Nieee. On przyszedł z zamiarem kupienia podpasek dla swojej żony. Zaproponowałem mu, że skoro w weekend nici z seksu to może pojechałby przynajmniej na ryby…
Wpisy od styczeń 2008
Siła perswazji
16 styczeń 2008 · 3 komentarzy
Kategorie: Reklama
Po co mi reklama, czyli czy reklamę trzeba reklamować
9 styczeń 2008 · Dodaj komentarz

Być może to pytanie wyda Ci się dziwnym, biorąc pod uwagę to, że wszedłeś na tę stronę (najprawdopodobniej) w konkretnym celu – zapoznania się z proponowaną przeze mnie ofertą i ewentualnie zlecenia pracy. Na pewno też wiesz, że w dzisiejszym świecie trudno obyć się bez reklamy, ale jeśli rzeczywiście chciałbyś, bym zajęła się rozreklamowaniem jakiegoś szeroko pojętego produktu powinnam utwierdzić Cię w Twoim przekonaniu:
REKLAMA JEST BARDZO POTRZEBNA
DOBRA REKLAMA JEST BARDZO POTRZEBNA
DOBRA I SKUTECZNA REKLAMA JEST BARDZO POTRZEBNA
A teraz przykład -
wyobraź sobie dwie sytuacje:
1. jest wiosna, przed kościołem, albo na mocno ruchliwym chodniku, albo przed popularnym supermarketem siedzi żebrak z karteczką na szyi – jestem niewidomy od urodzenia, nie mam gdzie mieszkać
2. jest wiosna, przed kościołem, albo na mocno ruchliwym chodniku, albo przed popularnym supermarketem siedzi żebrak z karteczką na szyi – mam 35 lat i wielką chęć życia, mimo tego, że od zawsze mój świat był wielką czarną plamą. Nigdy nie ujrzę uśmiechu drugiego człowieka, koloru tulipanów, zieleni traw i drzew. Nie dowiem się jak wygląda wiosna i czym różni się od lata. Pomóż mi, tak bardzo chciałbym to wszystko zobaczyć.
Któremu z żebraków wrzuciłbyś monetę?
Tym różni się reklama od braku reklamy, albo reklama od dobrej reklamy, albo dobra reklama od bardzo dobrej reklamy. EFEKTEM
Reklama nie musi kłamać, aby mogła być skuteczna. Reklama powinna oddziaływać na odbiorcę w jak największej ilości aspektów. Dotykać każdego zmysłu i uczuć, intrygować, zapadać w pamięć, a wrzucona do wody, unosić się na niej jak gąbka – do tego wszystkiego zataczając szerokie kręgi.
Ale zanim zacznie się myśleć o szczegółach potrzebna jest decyzja – trzeba to pokazać/zareklamować/wypromować/ubrać w słowa/nazwać/określić.
Kategorie: Reklama
O sztuce patrzenia wzwyż cz.1
4 styczeń 2008 · Dodaj komentarz
1. drewniana podłoga
Jeśli się zacznie, jakkolwiek ale się zacznie – w tramwaju, na poczcie, w sali kinowej; od ale, więc, od bo – to trzeba powiedzieć, że już nie chce się skończyć. mówię. na początku było ładne słowo, za nim świat, jedna wielka przestrzeń, jeden czarno – biały kolor, który nie może teraz tak w jednej chwili się skończyć, ani stać się nagle ciepłą barwą. I dobrze, bo takie zdjęcia to tylko amatorskie oranże i inne cytrusy kupowane na wagę. Są bardziej puste, powierzchowne, jak tradycja choinek, wielkanocnych baranków, serc dostępnych na aukcjach internetowych, a my żyjemy w końcu w profesjonalnym świecie. Ja tym to tłumaczę. tym tłumaczę moje miejsce na ruchomej fotografii i miejsce wszystkich tych, którzy też chcieli mieć coś na pamiątkę – profesjonalizmem świata.
zatem jeśli się zacznie, tak jak my – na paryskiej uliczce, idealnie wybrukowanej przedwojennymi brukami – skończyć jest niezwykle boleśnie, cholernie ciężko. Ciężej niż mówiłaś, Magdo i niż ja sama przypuszczałam.
Zwracam się do ciebie, bo wydaje mi się, że ty to zrozumiesz, że może ja dzięki temu lepiej zrozumiem. to wszystko. wszystko, co udało mi się zobaczyć. usłyszeć, a patrzyło i słyszało się zupełnie samo. lekko jakby od niechcenia. światło wpływało do źrenic i zwężały się na trzy cztery. wszystko zgodnie z fizyką, kątami padania. upadania.
To nieważne, że dziś jest takie późne w porównaniu z przeszłością, która wydarzała się tak powoli. Dziś jest w miarę ciepłą wiosną o 9:57 i już po kawie, a wtedy mieliśmy lato. Nie wiem czy to coś zmienia, ale wydaje mi się ważne, żeby o tym napisać, żeby określić tę przeszłość.
Należy się przyzwyczaić do zaimków wskazujących, bo mam taką nieposkromioną ochotę używać zaimków wskazujących i to chyba głównie dlatego, że pozwalają mi dotykać palcem i mówić, że to niebo, te oczy u tego człowieka. O nie właśnie mi chodzi. o nie dokładnie.
Nie wiem, może to faktycznie naiwne, ale mam, jak dziecko, które chce, żeby każdy widział, żeby każdy wiedział, co ma na myśli – wtedy tworzy wizualną reprezentację, pokazując palcem i wierzę jak ono, że da się to zobaczyć dzięki słowom. że da się tak pokazać, żeby było dobrze.
Musisz wiedzieć, że zaczęliśmy się właśnie tamtego letniego dnia na paryskiej uliczce, tuż przy panu prowadzącym psa na smyczy. Piszę, że zaczęliśmy, bo ja też tak jakbym była, a kochałam wtedy Francję bardziej niż wszystko inne na świecie. Edith Piaf, francuską miłość, Napoleona, brązowe oczy Francuzów, ich baladeur, ordinateur i rogaliki z marmoladą truskawkową. Pomyślałam, że tak mi właśnie potrzeba żyć – artystycznie, bo miejsce potrafi dodać artyzmu. chciałam, żeby dodało i mi.
Spakowałam się więc któregoś dnia, jak na wycieczkę i pożegnałam jak trzeba, kiedy wyjeżdża się na trochę. w samolocie zastanawiałam się jednak czy nie popełniłam błędu, bo może należało uściskać bliskich nie na trochę, a na cały czas.
Dziwiłam się, widząc w oknie nieznane krajobrazy i inne niebo, bo przecież miałam tak wiele marzeń – nie tylko to, nie tylko takie. chciałam na przykład, na wiejskiej działce rodziców, założyć ogród – tajemniczy. miała być wielka przestrzeń, trawa i rzeczy, które spotkać można u każdego z sąsiadów, a w głębi ta mała niepozorna furtka. za nią wszystko, czego sąsiedzi nigdy mieć nie będą. cała niezwykłość zieleni. dziewica-wiosna. gąszcz nienazwanych kwiatów i cała lekkość dnia. marzyła mi się też stadnina koni, wygląd delikatnej blondynki i bycie duszą towarzystwa tak zupełnie z natury. a najwcześniej miłość. ona wtedy też była dla mnie Francją.
Kiedy przylatuje się do obcego miejsca, przestrzeń uwiera, razi jakby patrzyło się na śnieg i nie wiedziało się co z tym zrobić. jest się wtedy takim dzieckiem, któremu daję się wielgachny papier i każe się malować. strach przed zapełnieniem przestrzeni jest silny, a luki wzbudzają niepewność. tak chyba rodzi się wolność. ja zaczęłam od środka. w centralnej części zaznaczyłam swój punkt odniesienia – Claire. Żmapel Kler. Że słi polonez . Cokolwiek by się działo – on tam będzie, niezmiennie jak ja byłam w Polsce, jak miałam swoje miejsce, jak czułam się bosko stworzona przez Boga.
Teraz nie miałam nic. i nie chodzi o to, że wszystko, co dla mnie mogło coś znaczyć lub nawet znaczyło, zostało tam, a rzeczy, których nie było możliwości zabrać, śniły mi się koszmarnie. chodzi o to, że nie wiedziałam co ja tu robię. co będę dalej ze sobą robić. przecież nie można gapić się całym dniami na wieżę Ajfla, a ja się tak gapiłam. siedziałam i odmieniałam przez przypadki: wieży ajfla, wieżą ajfla, wierzymy ajfla. wierzycie
A po powrocie do hotelu, którego pięter nie dało się policzyć, wmawiałam sobie, że tak robią prawdziwi artyści, że jak dobrze pójdzie, to wszystko tu będzie moje, włącznie z hotelową restauracją i kiedy będę wchodzić kołyszącymi się biodrami, krokiem francuskiej kobiety, wszyscy patrzeć będą z podziwem i ten podziw nie będzie mnie wstydził.
nowe miejsce sprawiło, że żeby gdziekolwiek wyjść, musiałam mieć powód. nie potrafiłam tak bez celu iść. spacerować. zawsze zdawało mi się, że ludzie będą na mnie patrzeć i myślami pytać mnie po co tu jesteś, skoro nic stąd nie jest ci potrzebne?, po co tędy idziesz? więc wmawiałam sobie jeszcze, że ta metalowa konstrukcja nie tyle podtrzymuje mnie, co ja ją i że przychodzę tu każdego dnia, żeby ona mogła być. a tak naprawdę obie się powodowałyśmy. tu mogłam być obojętna. niepamiętna. nieobchodząca.
Kategorie: O sztuce patrzenia wzwyż cz.1

